Wbrew powszechnym zapewnieniom fizyki teoretycznej,
pochodzenie i znaczenie rzeczywistości pozostają niejasne. Akceptacja jej
jednoznacznie materialnej natury natrafia na trudności, ponieważ niemożliwe
jest satysfakcjonujące wyjaśnienie, w jaki sposób materia mogła powstać z nicości
lub istnieć nieustannie bez początku. Równie trudno jest pogodzić się z
alternatywną konkluzją, że niejednoznaczność rzeczywistości wskazuje na jej
niematerialną naturę, aczkolwiek łatwiej można tę sugestię wyjaśnić przyczynowo-skutkowym
myśleniem. Być może kwestia istoty istnienia pozostanie na zawsze poza zasięgiem
ludzkiego intelektu, co nie powinno powstrzymywać dociekliwych w próbach rozjaśnienia
mroków filozoficznej głębi.
Jedną z metod tych dociekań
może być posłużenie się wiarygodnymi oświadczeniami nauki i ich niewielką ekstrapolacją w rejon pogranicza metafizyki. Ten kresowy obszar między nauką i filozofią można
porównać do przygranicznych terenów między cywilizacją i dziczą lub między porządkiem
i chaosem. W rzeczywistości kresy są zwykle mało atrakcyjne, bo brakuje im podniecających
cech obu stref, które oddzielają, i z punktu widzenia większości ludzi ryzyko i
niewygoda zapuszczania się w nie najczęściej nie są uzasadnione korzyścią z
takiego przedsięwzięcia. Podobnie ze strefą między nauką i metafizyką: bardziej
opłacalne wydaje się pozostanie po bezpiecznej stronie ustalonej wiedzy, albo
egzotyczna wyprawa na drugą stronę kresów, w fantazję i mistycyzm.
Zwolenników obu opcji
nie brakuje, rezultatami czego są coraz bardziej abstrakcyjne teorie naukowe,
wzrastająca popularność okultyzmu i bogaty fantazyjny przyczynek literatury i
kinematografii. Natomiast amatorów kresowych poszukiwań jest mniej w
dzisiejszych czasach i zwykle nie ich nazwiska znajduje się na pierwszych
stronach gazet czy półkach z chodliwą literaturą i filmami. Śmiało można jednak
zaryzykować stwierdzenie, że to właśnie eksploracji przygranicznych rejonów, w kontakcie
z głównym nurtem ludzkiej działalności i bez wybiegania na oślep w nieznane, można
przypisać rzeczywisty postęp w domenie wiedzy. Do takiej eksploracji zachęca
niniejszy tekst, ilustrując tę zachętę pouczającymi przykładami.
Według wiarygodnych
źródeł, w tym słów Abrahama Paisa, renomowanego fizyka i biografa Alberta
Einsteina, zasada komplementarności Nielsa Bohra, jest najcelniejszym spośród zaoferowanych
dotychczas podsumowaniem teorii kwantowej. Poparta doświadczalnie zasada
komplementarności, w jej najbardziej dosłownej i popularnej interpretacji, mówi,
że zjawiska fizyczne są zakłócane przez akt ich obserwacji. W związku z tym
zarówno zjawisko jak i akt jego obserwowania muszą być wzięte pod uwagę, aby w
pełni ocenić, co się faktycznie wydarzyło. Bardziej wyzywający i radykalny
wariant twierdzenia Bohra, który niechętnie akceptuje główny nurt fizyki, mówi,
że naruszanie zjawisk to nie wszystko, co można przypisać umysłowi obserwatora.
Ta wersja idzie dalej i proponuje, że skoro intelekt świadka jest w stanie manipulować
obserwowane zjawisko, to jest on być może również odpowiedzialny, lub współodpowiedzialny,
za jego genezę.
Idee niemieckiego myśliciela
i matematyka Gottfrieda Leibniza zdają się potwierdzać tę niedorzecznie brzmiącą
sugestię. Ten słynny niemiecki uczony posiadał umysł, który niezależnie od
Izaaka Newtona spłodził nieodzowny dziś w matematyce rachunek całkowy i różniczkowy.
Wyprodukował on też hipotezę monad, to jest bezwymiarowych, bezcielesnych punktów,
z których składa się wszechświat. Hipoteza ta, której można ufać na tyle, na
ile wierzy się abstrakcjom matematyki, stanowi pouczający punkt odniesienia w dochodzeniu
natury rzeczywistego świata. Nieprzeciętny acz eklektyczny intelekt Leibniza
– który parał się między innymi naukowym dowodzeniem dogmatów religijnych – stworzył również
teorię, która mówi, że żyjemy w najlepszym ze wszystkich możliwych światów.
Leibniz myślał tak nie dlatego,
że postrzegał świat jako nadzwyczajnie sprawiedliwy czy harmonijnie lub
symetrycznie skonstruowany. Widział go jako najdoskonalszy, ponieważ z
niezliczonych możliwych wariantów jego form, obecna, która postrzegamy, posiada
najwyższy stopień niepowtarzalności swoich elementów, co ilustruje fakt, że nie
ma dwóch identycznych zwierząt, roślin, planet czy gwiazd. W odróżnieniu od
Newtona, który porównywał świat do doskonale działającego mechanizmu, Leibniz postrzegał
go jako przebogaty ogród. Traktował go jako urzekający, kalejdoskopowy obraz, który
nigdy nie nudzi i zawsze jest w stanie zaoferować nowe możliwości i zainspirować
chęcią do kontynuowania egzystencji.
Idąc tym tropem, można dodać,
że aktualna wersja rzeczywistości jest dodatkowo pełna oscylujących opozycji,
takich jak piękno i brzydota, dobro i zło, bogactwo i ubóstwo, przyjaźń i wrogość,
miłość i nienawiść czy wojna i pokój. Te przeciwieństwa sprawiają, że
egzystencja jest ciekawa, podniecająca i warta podtrzymania. Zawsze jest coś
nowego za horyzontem, zakrętem czy górą i zawsze istnieje ekscytująca i różne korzyści
obiecująca szansa ucieczki z jednej skrajności w drugą – czy po to, aby ujść z życiem,
czy aby uratować się od nudy. Bez tej falującej natury rzeczywistości, pełnej oscylujących
opozycji, bez tej jazdy roller-coasterem w górę i w dół, istnienie stałaby się jednostajnym,
monotonnym pasmem wydarzeń, jak niekończące się wirowanie na karuzeli.
Ta kalejdoskopowa różnorodność
ogrodu Leibniza, jako inspiracja do kontynuowania egzystencji, ma również swój
biologiczny wymiar. Niezbędna jest ona, mianowicie, w doborze naturalnym, który
jest głównym motorem ewolucji Darwina. Dzięki doborowi naturalnemu mają szansę powstać
coraz to nowe warianty organizmów biologicznych i dać początek nowym gatunkom.
Wynikiem tego jest ewolucyjne doskonalenie i zdolność przeżycia w warunkach, w których
mniej przystosowane organizmy nie miałyby szansy sprostać elementarnemu,
narzuconemu przez matkę naturę zadaniu odnawiania i kontynuacji istnienia.
Nałożenie radykalnej
wersji zasady komplementarności Bohra na koncepcję najlepszego ze wszystkich możliwych światów może podpowiedzieć myśl,
że nieskończona różnorodność ogrodu Leibniza i Darwina jest ważna w
podtrzymywaniu istnienia – nawet gdyby okazało się ono jedynie stworzonym przez obserwatora
myślowym obrazem. Ta konkluzja mogłaby się nasunąć, ponieważ wszystkie mniej różnorodne
warianty mirażu, zawierające mechaniczne powtórki i identyczne kopie, nie byłyby
warte kontynuowania, bo posiadały zarodek nudy, skostnienia i obumierania.
Pomoc w oswojeniu się z
sugestią, że świat jest obrazem w umyśle obserwatora, może zaoferować następujące
proste rozumowanie. Na pytanie o genezę realnego świata są zasadniczo dwie odpowiedzi: pierwsza, że istniał zawsze, więc początku nigdy
nie było, i druga, że zaistniał w pewnym, określonym momencie. Spośród tych dwóch opcji,
druga wydaje się bardziej zadawalająca dla idącego tropem skutku i przyczyny
ludzkiego rozumu. Zgodnie z tym torem myślenia wszystko musi mieć swój początek
i koniec i trudno sobie wyobrazić nieustającą, nieprzerwaną egzystencję. Ta konieczność
zarania i kresu być może ma związek z ograniczonością ludzkiego rozumu, ale tę ewentualność
lepiej kontemplować dopiero po rozpatrzeniu innych możliwości.
Jeśli zatem przyjąć, że
świat zaczął się w pewnym momencie, żądająca wyjaśnienia staje się nie tyle
kwestia „kiedy” ile „z czego”. Na podstawie tego, co nasz umysł jest w
stanie zaakceptować, obiekty materialne nie mogą spontanicznie wyłonić się z nicości.
Zgodnie z przyczynowo-skutkowym myśleniem, ich źródłem musi być inna materialna
forma. Warunek, że coś nie może powstać z niczego, stwarza więc trudności w zaakceptowaniu
opcji, zgodnie z którą rzeczywistość powstała w określonym momencie. Pomimo
tych trudności wersja ta zyskała jednak popularność, a to za sprawa teorii
Wielkiego Wybuchu.
Teoria ta skłania się w stronę
transcendentalnego wyjaśnienia, tłumacząc, że przed wybuchem nie tylko nie było
materii, ale czas również nie istniał, toteż dalsze dociekania na temat tego, co działo się przed Wielkim Wybuchem są zbyteczne.
Ten koncept, wsparty matematycznymi modelami – wraz z ich nieodzownym składnikiem
platońskiego mistycyzmu – ma jednak tyle sensu, co nadzieja, że po sprzątnięciu
śmieci pod dywan podłoga jest idealnie zamieciona, albo tyle, co wiara dziecka, że
stanie się niewidoczne jeśli zamknie oczy. Takie potraktowanie problemu genezy wszechświata zbliża
teorię Wielkiego Wybuchu do religią inspirowanych kosmologii, z tą tylko
różnicą, że zamiast otwarcie wprowadzić do teorii Boga, dzięki interwencji którego możliwa byłaby wielka eksplozja, oferuje ona nakaz milczenia
na temat pierwotnego źródła materii.
W kontekście obiektywnego
dochodzenia, bez podpierania się abstrakcjami matematyki lub doktrynami religii,
poszukujący pozornie staje przed sytuacja bez wyjścia. Niemożliwym wydaje się,
bowiem, wyobrażenie sobie wariantu, w którym pierwotna materia nie musiałaby w
sposób nadprzyrodzony zaistnieć z niebytu; nie da się uniknąć skręcającego
wnętrzności pytania o źródło pierwotnej materii, którym nie byłaby istota boska.
Istnieje jednak wyjście z tej na pozór ślepej uliczki. Jest nim
znajoma już, choć ciągle szokująca, koncepcja, że choć materialny obiekt nie
jest w stanie bez udziału sił nadprzyrodzonych wyłonić się z nicości,
niematerialny obiekt może. Innymi słowy, jeśli założy się, że przedmioty,
planety i gwiazdy istnieją w formie myślowego, nieistniejącego materialnie
obrazu, możliwym wydaje się, że mogłyby się one wyłonić z nicości bez nadnaturalnej
interwencji, bo przecież pustka może zrodzić się z innej pustki, tak jak zero z
zera.
Powagi tej zabawie myślowej
dodaje, poza autorytetem Nielsa Bohra, poparcie jednej z bardziej poważanych
postaci świata nauki, Maxa Plancka, który jest traktowany jako nieumyślny i niechętny
fundator teorii kwantowej. Prawie pól wieku po odkryciu prawa promieniowania, które
zaowocowało zasadą komplementarności Bohra, Planck przyznał publicznie, że nie jest w
stanie zaprzeczyć niejednoznacznej naturze rzeczywistości. Oświadczył, że mimo
swojej pozycji trzeźwo myślącego człowieka nauki, której poświęcił życie,
nie może uciec od kłopotliwej konkluzji, że cała materia powstała i istnieje
jedynie dzięki sile, która podtrzymuje nieustanną animację elementarnych cząstek atomu i utrzymuje
ten mikroskopowy system w całości. Za tą siłą nie potrafił sobie wyobrazić nic
innego tylko istnienie świadomego i inteligentnego umysłu, który jest macierzą
całej rzeczywistości.
Mimo autorytetów
Leibniza, Bohra i Plancka, konkluzja nieistniejącego świata niekoniecznie musi być
słuszna i jedyna, aczkolwiek tor myślenia, który do niej doprowadził nie ucieka
się do mistycznych czy pseudonaukowych wybiegów. Każdy krok w powyższym
rozumowaniu posiada inne opcje, które można wybrać, zależnie od upodobań i zapatrywań,
czy będzie ta wersja spójna z dogmatami religii, abstrakcjami nauki czy
dyktowana rezygnacją w obliczu kwestii poza zasięgiem ludzkiego rozumu. Wybrany
w niniejszym tekście kierunek trzyma się linii przyczynowo-skutkowego myślenia,
dzięki któremu codziennie analizujemy, interpretujemy i, być może, tworzymy otaczającą
nas rzeczywistość. Używali go z sukcesem już nasi pierwotni przodkowie, którym
obserwacja wychodzącego z jaskini drapieżnika, podczas gdy weszły dwa, mówiła że
grota jest ciągle niebezpieczna.
Powyższe rozumowanie jest przykładem eksperymentu myślowego, któremu podobne mogą rozjaśnić
niezbadane głębie za pomocą zdyscyplinowanego myślenia bez uciekania się do niezrozumiałych abstrakcji, jakimi zastępuje się rzetelne dochodzenie w obecnym paradygmacie
nauki. Należy mieć nadzieję, że w ramach nowego paradygmatu dojdą w niedalekiej
przyszłości do głosu uczeni i myśliciele uzbrojeni w nowe, wiarygodne i spójne
z rzeczywistością metody poznawcze. Obecne odpowiedzi nauki na elementarne pytania
myślącego człowieka są niezadawalające, skłaniają się bowiem niepostrzeżenie w stronę
mistycyzmu, który korzystniej jest zostawić religii i pokrewnym
dziedzinom. Rzucenie wiarygodnego światła na pogranicze nauki i metafizyki, raczej niż uparte pozostanie w dogmatach lub beztroski galop w
fantazję, wydaje się rozsądną alternatywą.
© Robert Panasiewicz 2014
© Robert Panasiewicz 2014